Trzy pokolenia imprezowania w Warszawie

Posted on Posted in Poznaj Warszawę


Przełom sierpnia i września kojarzy nam się przede wszystkim z końcem wakacji szkolnych. Nie znaczy to oczywiście, że wszyscy z nas teraz na nowo wpadają w wir nauki czy pracy, bo finisz tego wspaniałego okresu dotyczy głównie młodszej części społeczeństwa. Mimo to, początek roku szkolnego bywa dla nas lekkim ukłuciem w brzuch, oznaczającym koniec beztroskiej swawoli, kolorowych drinków w spoconych szklankach i wyjazdów na festiwale muzyczne. A przede wszystkim – koniec imprez w mieście.

Warszawiacy nie mają jednego miejsca, w którym toczy się życie towarzyskie mieszkańców.

W porównaniu do Londynu z jego Soho, Berlinem z Warschauer Straße lub choćby Piotrkowską w Łodzi – Warszawa jest raczej miastem rozproszonym imprezowo, a stale rozrastające się i powstające od zera lokale, nabierają coraz to nowszego charakteru.

Schodki nad Wisłą – wokół których krążyło wiele kontrowersji na temat picia alkoholu w miejscu publicznym, toczyły się afery sądowe rozpoczynane przez samozwańczych łowców skandali, a mieszkańcy sąsiedztwa mieli sensowne powody do zmartwień – są i najprawdopodobniej będą już na zawsze miejscem, w którym w wakacyjne wieczory gromadzi się młodzież stolicy. Trudno się dziwić – teren wyjęty spod zakazu spożywania alkoholu w miejscach publicznych jest łakomym kąskiem dla chcących zażyć nieco wolności i buntu licealistów. W tłumie nikt o wiek nie pyta, nawet przechodzący patrol policji, nie ma więc strachu, a w razie przypału – ludzi do pomocy wokół jest masa. Bulwary Flotylli Wiślanej, Grzymały Siedleckiego, gen. Pattona, Karskiego i Religi buzują życiem już od godzin popołudniowych, do wczesnych godzin rannych. Organizowane w okolicy bulwarów namioty ze specjałami różnych światowych kuchni pomagają natomiast w utrzymaniu energii podczas tańców odbywających się na unoszących się na wodach rzeki barkach. Miejsca ta znacznie pustoszeją, począwszy od września – znacznie mniej znajdziemy tu maturzystów i zbuntowanej młodzieży, jest o wiele spokojniej, ciszej, a picie drinka w jednym z okolicznych lokali sprawia dużo więcej przyjemności i daje oczekiwany na koniec dnia pracy relaks.

Nieco inaczej wygląda to w Pawilonach – zbitku kilkunastu, może dwudziestuparu lokali mieszczących się w sąsiedztwie Nowego Światu.

Tam studenci potrafią przesiedzieć cały weekend – czasem nawet bez powrotu do domu. Mnogość różnych miejsc, z których każde serwuje podobne piwa, ale zupełnie inny klimat, daje uczestnikom możliwość znalezienia czegoś doskonale dopasowanego do swoich aktualnych potrzeb, a bliskość od ścisłego centrum miasta czyni Pawilony swoistym centrum logistycznym na imprezowej mapie Warszawy. Tam większość z nas w piątek zacznie biforem, stamtąd pójdzie na Mazowiecką do klubu przetańczyć całą noc, a potem wróci na piwko w znane, klaustrofobiczne korytarze, by zakończyć weekend z sukcesem. Znane twarze pojawiają się co i rusz – nie celebryci jednak, a osoby, które przychodzą tam stale – uliczni grajkowie, sprzedawcy róż, kloszardzi, choćby nawet barmani z sąsiednich lokali – wszyscy są tam jak jedna wielka imprezowa rodzina. Mieszczący się wśród Pawilonów bar chiński Co Tu zyskał ogromną popularność swą jakością serwowanego jedzenia i dystansem, z jakim porozumiewają się gospodarze baru. Pawilony miały iść pod rozbiórkę, ale prędzej rozbiorą się wszyscy spotykający się tam ludzie.

Trzecia grupa nie jest dotknięta przez koniec wakacji, ale świetnie reprezentuje nieco inny wymiar imprezowania.

Mianowicie, ulica Poznańska – pas wypełniony miejscami z pysznym jedzeniem, zagranicznymi pubami, zabytkową architekturą i wysokimi wymaganiami co do grubości portfela. Tam nie uświadczysz studenciaka, ani maturzysty. Na Poznańską nie wpływa pora roku, ani początek PESELu. Tam ludzi zawsze jest i zawsze będzie pełno, jednak ta pełność niesie ze sobą dużo więcej wyrafinowania i smaku. Widok krzyczącej grupy nastolatków jest tam rzadkością – raczej zobaczymy pary chodzące za rękę. Prędzej spotkamy tam Brytyjczyków wychodzących z baru, w którym spędzili większość nocy nad pale ale, niż kibiców w szalikach manifestujących swą wiarę w klub. Poznańska jest „kulturowym” centrum towarzyskim w Warszawie i właśnie dzięki swej różnorodności kulturowej utrzymuje i utrzyma swój status high-class. I, tak jak Nocny Market, jest to miejsce dla osób, które wiedzą, czego szukają nocą w Warszawie, a nie jest to tani alkohol i głośna muzyka – orientalne zapachy przeplatające się z klimatycznymi bitami wśród ludzi zachowujących pion to tylko wierzchołek tego, co nas czeka w tych miejscach.

Coroczny cykl śmierci i odrodzenia imprez warszawskich to świetny sprawdzian tego, jak działają nasze dojrzewające potrzeby.

Na historiach innych ludzi możemy przewidywać nasze, zmieniające się z wiekiem preferencje. Lokale, miejsca, ulice zapomniane, które w sezonie nie przyciągnęły do siebie rzeszy wakacyjnych bywalców, przepadną, by dać miejsca nowym, może lepszym, może ciekawszym propozycjom, które już w kolejnym sezonie, dadzą nam powód tak do radości, jak do bólu głowy następnego dnia rano.

Robert Wojciechowski